Recenzja gry Wiedźmin 2: Zabójcy Królów

okładka

Zapraszamy na recenzję gry:

"Wiedźmin 2: Zabójcy Królów"

Niektóre rzeczy trudno oceniać z perspektywy. Na pewno zaliczam do nich gry komputerowe - coś, co niegdyś prezentowało się zniewalająco, dziś może wręcz odstraszać; poruszające dialogi nagle zmieniają się w drewniany bełkot, zaś ówczesna nowatorskość bardzo spowszedniała. Czemu w ogóle o tym wspominam? Albowiem w niniejszym tekście musimy cofnąć się w przeszłość o dłuuuuugie sześć lat; w świecie elektronicznej rozrywki to przynajmniej kilka epok. Przed Państwem bodaj najgorętsza premiera roku 2011 - Wiedźmin 2: Zabójcy Królów.

Po niezaprzeczalnym sukcesie części pierwszej kontynuacja była jedynie kwestią czasu. Wśród ochów i achów nad przygodami Białego Wilka znalazła się jednak solidna porcja krytyki. Recenzenci wskazywali do poprawki przede wszystkim przestarzały, mało elastyczny system walki, sprowadzający się do klikania w odpowiednim momencie myszką i nie pozwalający nam nawet wykonywać uników (Geralt uchylał się przed ciosami automatycznie). Parę uwag otrzymała też niedoskonała szata graficzna i absurdalne ograniczenia świata - wszyscy pamiętamy, że dla dzielnego pogromcy potworów płot stanowił przeszkodę nie do przebycia. Te mankamenty miały zostać poprawione właśnie w Zabójcach Królów bez pozbywania się znaków rozpoznawczych serii; słowiańskiego klimatu, genialnie napisanych postaci, błyskotliwych dialogów i trzymającej w napięciu fabuły.

Niestety, właściwie od pierwszych scen zacząłem kręcić nosem. „Zabójcy Królów” są bezpośrednią kontynuacją i od wydarzeń z jedynki nie dzieli nas więcej jak kilka tygodni. Dlaczego więc u diabła w namiocie wojennym budzimy się w towarzystwie niezaprzeczalnie pięknej, aczkolwiek niekoniecznie przez nas wybranej Triss Merigold? Przecież pierwsza część dawała nam jasne możliwości - mogliśmy związać się właśnie z rudowłosą czarodziejką (wtedy wszystko byłoby w normie) lub postawić na uroczą Shani, która zdobyła serce nie tylko mojego Geralta, ale także wielu innych.

Może się to wydawać czepialstwem, ale przecież właśnie z tego zasłynął Wiedźmin; z wyborów, które realnie wpływają na przedstawiony świat i w dużej mierze go kreują. Jaki sens miało składanie w ręce graczy tak kluczowej decyzji, by potem i tak poprowadzić ich utartą ścieżką? W dodatku nawet nie serwując grama wyjaśnienia, że Shani wyjechała/umarła/straciła pamięć lub z tysiąca innych powodów zniknęła z naszego życia. To samo tyczy się Alvina, czyli de facto bohatera, wokół którego w znacznej mierze kręciła się fabuła poprzedniczki. Chociaż miał być naszym przybranym synem, również anihiluje bez słowa wyjaśnienia. Rozumiem oczywiście, że wprowadzenie wszystkich postaci wiązałoby się z dużo większym nakładem pracy i poziomem skomplikowania, no ale… Jak się projektuje coś z rozmachem to trzeba później temu rozmachowi sprostać. Duży minus dla CDP RED.

Grę zaczynamy w niezbyt przyjemnej pozycji; siedząc skutym w Sali przesłuchań. Pytania zadaje nam sam komendant Niebieskich Pasów, Vernon Roche, więc sprawa przedstawia się bardzo poważnie. Mamy tutaj do czynienia z samouczkiem, który wprowadzi nas w poszczególne elementy gry i ułatwi sterowanie odświeżonym Geraltem. Wydarzenia, które doprowadziły nas do tego miejsca poznamy podczas rozmowy między dwoma mężczyznami. Król Foltest, po zamachu na swoje życie, chce mieć nas odtąd zawsze przy sobie. Jesteśmy jego prywatnym wiedźminem, cieszącym się specjalnymi przywilejami…

Fabuła, można chyba zaryzykować to stwierdzenie, przedstawia się całkowicie wzorowo i najbliżej jej do historii książkowych. Zostajemy wrzuceni między intrygi ludzi znacznie zamożniejszych i potężniejszych od nas, ludzi którzy mogą zmieść nas jednym machnięciem palca, zbytnio się przy tym nie wysilając. Spadają królewskie głowy, niedobitki nieludzi próbują desperacko walczyć z tyranią, idealiści przekonują do własnych motywów, czarodziejki grają we własną grę, której nie sposób rozszyfrować. Musimy mocno rozpychać się łokciami, aby zostać dostrzeżonym i oczyścić swoje imię z niesłusznych oskarżeń. Dla mnie to ogromna zaleta; poczucie bytowania w świecie, gdzie każdy ma własną partię do rozegrania i niekoniecznie musi czekać na nasz ruch, bycie oszukiwanym dla czyichś korzyści i traktowanym jak wart poświęcenia pionek. Dodaje to grze sporo realizmu.

Jednak ten realizm zostanie nam odebrany podczas pierwszych potyczek. System walki przeszedł spory lifting, został zdynamizowany i przystosowany do realiów cRPG. Mamy podział na ciosy lekkie, silne, możemy unikać uderzeń, blokować je lub kontrować. Standardowo skorzystamy z całego arsenału znaków; udostępniono nam całe drzewko talentów magicznych, gdzie wykupimy konkretne ulepszenia. Nowością są różnorodne petardy - ich działanie można kombinować z innymi umiejętnościami. Dla przykładu, jedna z petard wydziela opary gazu, które wybuchają po rzuceniu nań znaku Igni. Dodatkowo twórcy udostępnili pułapki, zastawiane przed walką i wydatnie pomagające w ciężkich potyczkach. W czasie walki możemy ładować pasek adrenaliny, udostępniający nam specjalne umiejętności, zaś Geralt często kończy walkę efektownymi finisherami. Skoro jednak jest tak dobrze, to skąd moje narzekania na realizm?

Nie chodzi o sam system walki, a o jego poziom trudności. Przypominam - sterujemy białowłosym herosem, który w poprzedniej części samodzielnie przetrzebił hordy wrogów, po raz wtóry stając się legendą. Nagle w Zabójcach Królów kilku oprychów sprawia nam ogromne trudności, szczególnie na wyższych poziomach. Nagle walka zamienia się w istne katowanie spacji, aby umknąć śmiercionośnym uderzeniom pijanego kmiecia, bowiem trzy trafienia niemal w całości pozbawią nas żywotności. Mordujemy mityczne potwory i stajemy w szranki z najgroźniejszymi przeciwnikami, ale trzy harpie lub wygłodzone leśne komando bez trudu mogą nas wykończyć. Rażąca głupota i niekonsekwencja.

Osobny akapit należy się starciom z tak zwanymi bossami. Te zrealizowano naprawdę dobrze i przemyślanie; każdy ma jakiś specjalny atak, każda walka wymaga od nas przygotowania i taktyki. Tutaj wysoki poziom jest jak najbardziej uzasadniony; aż przypominają się stare dobre czasy, gdy pokonanie smoka nie było kwestią kilku sekund (pozdrawiamy Skyrim), a wymagało fury umiejętności, szczęścia i mikrozarządania ekwipunkiem. Letho z Gulety, Kejran, Draug - potyczka z każdym usatysfakcjonowała mnie.

Wiedźmin jest serią zachwycającą poziomem grafiki i dbałością o detale. Nie inaczej sprawa ma się z Zabójcami Królów; nawet po tylu latach to, co wyziera z ekranu, bardzo cieszy oko. Graficzne fajerwerki wymagają oczywiście odpowiedniego sprzętu. Obecnie nie są to wymagania zbyt wygórowane, ale podczas premiery niewielu graczy mogło pozwolić sobie na ustawienie szczegółów jak najwyżej. Dobrze wygląda nie tylko świat przedstawiony, ale i modele postaci - Geralt zmienił się nie do poznania, także wszyscy nasi znajomi zostali upiększeni i przystosowani do możliwości ówczesnych technologii. Cykl dnia i nocy również dodaje uroku, niemniej zapomniano o tak podstawowej rzeczy, jak chociażby warunki pogodowe. Znaczy, deszcz sobie pada i wygląda ładnie, ale nikt za bardzo go nie dostrzega i nie czyni nic, aby się przed nim schronić.

Wreszcie mamy do czynienia z nieco większym wyborem asortymentu. Różnorodność zbroi i broni może nie powala na kolana starych cRPGowych wyjadaczy, ale jest w pełni zadowalająca. Ekwipunek podzielono na kilka podstawowych rzeczy - dwa miecze (oba rzecz jasna na potwory), trofeum z pokonanej bestii, zbroję, buty, spodnie i rękawice. Wszystkie one mają różne statystyki, a co więcej, możemy je ulepszać za pomocą specjalnych run. Jeżeli nie odpowiada nam oferta kupców, zawsze możemy pokusić się o odnalezienie receptury na dany przedmiot i po uzbieraniu odpowiedniej ilości surowców, spróbować wykuć go u rzemieślnika. Z pewnością premiuje to graczy, zaglądających w każdy zakamarek i zbierających każdy kawałek drutu. Trzeba jednak rozsądnie gospodarować udźwigiem Geralta, bo chociaż może on ponieść wiele na swych plecach, to pewne ograniczenia posiada.

R E K L A M A

Twórcy obiecywali nieliniowość i swojej obietnicy dotrzymali. Aby grę poznać dogłębnie, należy przejść ją co najmniej dwukrotnie - raz wspierając buntowników, raz trzymając stronę ludzi. Tak naprawdę ważnych wyborów jest więcej i Zabójcy Królów zaoferują nam szesnaście kombinacji zakończeń, różniących się pewnymi szczegółami. Na pewno jednak zabrakło opcji, dostępnej w pierwszej części. Nie możemy podążać ścieżką prawdziwie wiedźmińskiej neutralności, jesteśmy zmuszeni do opowiedzenia się za którąś ze stron konfliktu.

Fenomenalnie prezentują się postacie. Mam tutaj na myśli zarówno względy wizualne, jak i dialogi. Iorweth, przywódca elfów z którymi możemy się sprzymierzyć wygląda właśnie jakby pół życia spędził w lesie, walcząc o przetrwanie. Twardy, z zaciętym wyrazem twarzy, szyderczo cedzący słowa. Zoltan i Jaskier to wypisz wymaluj nasi kompani - krasnoludzka dosadność pierwszego i talent do pakowania się w kłopoty drugiego nieraz wywołają na naszej twarzy szeroki uśmiech. Żołnierka Ves, ślepo oddana służbie, krótko ścięta i bardzo konkretna, skrywająca pod opryskliwością prywatną tragedię… Mamy do czynienia z plejadą barwnych charakterów, godzinami ciętych i błyskotliwych rozmów.

Pochwalić trzeba polski dubbing. Jak zwykle znakomicie w roli Gerlata odnalazł się Jacek Rozenek. Mało znany Tomasz Borkowski użyczył swojego głosu Iorwethowi; moim skromnym zdaniem to najlepszy elfi dubbing jaki słyszałem od lat i bardzo żałuję, że ten Pan nie znalazł się w obsadzie trzeciej części Wiedźmina. Fenomenalnie wypada główny antagonista Letho, ale trudno aby było inaczej - zajął się nim fachowiec najwyższej klasy, Mirosław Zbrojewicz. Zresztą, wymienianie poszczególnych aktorów raczej mija się z celem. Byłaby to po prostu długawa wyliczanka, gdzie przez wszystkie przypadki odmieniłbym słowa „kapitalny, niezastąpiony, idealny, perfekcyjny, wspaniały, znakomity, niepodrabialny, niezwykle klimatyczny” i wiele innych. Jedynym minusem, niestety dość znaczącym, jest postać Saski Smokobójczyni. Aktorka podkładająca pod nią głos nie grzeszyła wówczas zbytnim doświadczeniem, co aż nadto słychać w wypowiadanych kwestiach. Szczególnie podczas ważnego momentu płomiennej przemowy, mającej poderwać do walki podwładnych - brzmi to tak, jakby na chwilę w studiu wszystkim popsuły się słuchawki.

Do zadań pobocznych mam ambiwalentny stosunek. Owszem, widać że przy każdym z nich twórcy naprawdę się postarali i w każde włożyli ogrom pracy. Nawet te najprostsze zlecenia wiedźmińskie nie opierają się na trywialnych poleceniach typu „znajdź dziesięć czaszek barghestów i przynieś je miejscowej wiedźmie”. Tropiąc potwory, musimy najpierw się czegoś o nich dowiedzieć a później w skuteczny sposób wyeliminować ich siedliska - dla przykładu, aby przetrzebić nekkery należy zlokalizować i wysadzić ich gniazda za pomocą petard. Normalne zadania poboczne również przeszły bardzo ambitną modyfikację; nieomal każde można ukończyć na kilka sposobów, każde też jest małą perełką, wzbudzającą w nas śmiech, obrzydzenie, złość lub wzruszenie. Specjalnie wyróżniłbym tutaj przezabawne questy z trollami, opowiadającymi o swoich babach. Całe to cukierkowe wrażenie psuje jeden element - pobocznych zadań jest zwyczajnie mało. Twórcy zdecydowanie postawili na jakość, nie ilość, aczkolwiek Wiedźmin 2 jest skandalicznie krótki jak na cRPG - przejście go nie powinno zająć więcej niż 30 godzin. Dla porównania, na pierwszą część potrzebowaliśmy około 70 godzin, a do starszych klasyków nie ma nawet co się odwoływać.

Czymże byłby prawdziwie realistyczny świat bez hazardu i możliwości obicia komuś gęby? Kościany poker i walka na pięści, w mocno zmodyfikowanym stylu, ponownie zagoszczą na naszych ekranach. Wydaje się jednak, że w obu przypadkach są to zmiany na gorsze. Kości zyskały udziwniony, nieestetyczny styl, gdzie na początku trudno się połapać, jaka wartość wypadła. Mamy też możliwość kontrolowania siły rzutu i wyrzucenia kości poza obręb planszy. Natomiast walkę na pięści potwornie strywializowano i sprowadzono do banalnych QTE - Quick Time Events. Mówiąc prościej - gdy na ekranie pojawia się odpowiedni klawisz, musimy go nacisnąć, ażeby Geralt wykonał poprawne uderzenie. Wiedźmin masakruje przeciwników w sposób efektowny i efektywny, aczkolwiek nadmierna prostota trochę odbiera radość zabawy. Zrezygnowano z pijackiego turnieju, a zamiast tego uraczono nas nową grą - siłowaniem się na rękę. Polega ono na utrzymaniu drgającego kursora myszki w odpowiednim punkcie, co wcale nie jest takie łatwe jak brzmi. Bardzo trafiona konkurencja, zważywszy na towarzystwo, w jakim Geralt się obraca.

System rozwoju postaci został zubożony względem poprzedniczki. Mamy do wyboru tylko cztery drzewka - w tym jedno z nich nazywa się „trening” i trzeba wykupić w nim odpowiednią liczbę zdolności, aby uzyskać dostęp do kolejnych. Będą to możliwości rozwoju w alchemii, szermierce lub znakach.

Najoczywistsza wydaje się droga szermierki i właśnie grając w takim trybie gra sprawi najmniej problemów. Z powodzeniem jednak można postawić na znaki, w odpowiednim etapie gry odblokowując najpotężniejszy z nich - Heliotrop, spowalniający czas dookoła nas. Drzewko alchemii należy traktować raczej jako dodatek, bowiem i sama alchemia została całkowicie skopana. Teraz możemy wypić mikstury tylko w trybie medytacji, czyli przygotowując się do walki. A przecież nie zawsze wiemy, czy czeka nas ciężka batalia czy tylko lekka potyczka - zupełnie nie rozumiem, czemu pozbawiono Geralta umiejętności picia eliksirów kiedy tylko mu przyjdzie na to ochota. Talentów mamy do wyboru tyle, że z pewnością nie zdołamy wykupić wszystkich podczas jednej rozgrywki. Chcąc zagrać wiedźminem siekającym wrogów na plasterki i wiedźminem niszczącym ich przy pomocy znaków, musimy przynajmniej raz zacząć od nowa.

Przerywniki filmowe - i pokazówka - prezentują się absolutnie miodnie. Tomasz Bagiński po raz kolejny pokazał, że jest mistrzem w swoim fachu. I nie ma za bardzo co się nad tym rozwodzić - należy zobaczyć i rozpłynąć się z zachwytu.

Na osobny akapit zasługują wstawki komiksowe, podczas których Geralt dzieli się z nami swoimi refleksjami lub wspomnieniami, które właśnie odzyskał. Ich brudna, krwawa, niechlujna estetyka nie każdemu przypadnie do gustu, ja jednak uważam, że idealnie wpasowuje się w narrację opowieści. Beznamiętny głos wiedźmina zmusza do rozważań i do snucia własnych przemyśleń, do wyobrażania sobie co byłoby gdybyśmy osobiście stanęli w takiej sytuacji. Komentarze na temat wojny, jej okrucieństw, na temat pościgu za własnym celem, usprawiedliwienia podjętych decyzji - wszystkie te elementy składają się na malutkie dzieło sztuki. Żałować można jedynie, iż przerywników nie ma zbyt dużo, aczkolwiek tak jak w przypadku zadań pobocznych postawiono na ich jakość.

Ścieżka dźwiękowa z perspektywy czasu nie prezentuje się jakoś doskonale. To oczywiście dobre, klasyczne kompozycje, trafnie oddające dany moment w grze, aczkolwiek brak im tego czegoś, co sprawiałoby, że mam ochotę wracać do nich po wielu latach (jak soundtracki Morrowinda, Icewind Dale i wielu innych). Zdaję sobie jednak sprawę, iż mogę mówić to z perspektywy czasu i znając już absolutnie obłędną muzykę, jaką przygotowano do trzeciej części Wiedźmina, bijącą na głowę wszystkie inne ścieżki dźwiękowe.

Podsumowanie

Jak podsumować taką grę? Druga część przygód Geralta jest najsłabsza ze wszystkich. Krótka. Z małą ilością zadań pobocznych. Z zachwianym realizmem, niewielkimi lokacjami i z małą ilością konsekwencji decyzji poprzedniczki. Ale to wciąż Wiedźmin, wciąż gra, powalająca swoim klimatem, powalająca genialnymi dialogami, niezłą grafiką, fabułą, atmosferą, politycznymi wtrętami, nawiązaniami do innych dzieł kultury i sztuki, charyzmą głównego bohatera i postaci mu towarzyszących. Całe marudzenie i kręcenie nosem bierze się po prostu z horrendalnie wysokich oczekiwań, jakie stawiają Redom gracze na całym świecie. Jednym słowem i tak można stwierdzić, że gra Wiedźmin 2 z pewnością zjada konkurencję swoich czasów...

Screens

kliknij aby powiększyć

wiedzmin-2-zabojcy-krolow-edycja-rozszerzona-steelbook

"Wiedźmin 2: Zabójcy Królów - Edycja rozszerzona"

Zwiastuny

materiał filmowy w rozdzielczości Full HD

materiał filmowy w rozdzielczości HD

materiał filmowy w rozdzielczości HD

Tapeta

kliknij aby powiększyć

 

Recenzje

 

wiedzmin-edycja-rozszerzona-steelbook-recenzja wiedzmin-3-dziki-gon-edycja-rozszerzona-steelbook-recenzja

 

 
Podsumowanie
Recenzja gry: Wiedźmin 2: Zabójcy Królów
Plusy Nagroda
  • Dobra oprawa graficzna
  • Możliwości wyboru i ponoszenie konsekwencji
  • Świetni bohaterowie
  • Dorosły klimat gry
  • Polski dubbing
  • Błyskotliwe dialogi
hardware.info.pl poleca 5 gwiazdek ocena 8 plus
Minusy
  • Brak realizmu w niektórych kwestiach
  • Mała ilość zadań pobocznych
  • Brak realizmu w niektórych kwestiach
  • Nieuwzględnianie wyborów z części pierwszej
Ocena

[..] to wciąż Wiedźmin, wciąż gra, powalająca swoim klimatem, powalająca genialnymi dialogami, niezłą grafiką, fabułą, atmosferą, politycznymi wtrętami, nawiązaniami do innych dzieł kultury i sztuki, charyzmą głównego bohatera i postaci mu towarzyszących.

 

Udostępnij

Wstecz

Pliki cookie ułatwiają świadczenie naszych usług. Korzystając z naszych usług, zgadzasz się, że używamy plików cookie.
Dalsze informacje Ok